poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Obietnica krwi, B. McClellan

O książce Brian’a McClellan’a Obietnica krwi słyszałam już wcześniej. Ba, kilka razy nawet oglądałam ją w księgarniach zawsze jednak odkładałam z myślą, że są książki ciekawsze. To nie tak, że książka mi się nie spodobała, bo miała kiepski opis, brzydką okładkę czy niezbyt trafne cytaty z recenzji – nie. Jakoś do mnie nie przemawiała. Ale dostałam ją (dobra – dostaliśmy, ale bądźmy szczerzy – Michał jej raczej nie przeczyta) niedawno i nadeszła jej kolej. Moje pierwsze wrażenia: O rany jaka byłam głupia! Głupia, bo pozwoliłam sobie na czytanie książek przeciętnych, kiedy na wyciągnięcie ręki miałam perłę. 
  


Więc krótko o fabule:
Marszałek polny Tamas (prochowy mag nota bene) wraz ze swoją armią i kręgiem osób zaufanych ma dosyć nieodpowiedzialnego i egoistycznego króla, który w nosie ma swoich poddanych. Szalę goryczy przepełnia chęć zawarcia przez władcę tzw. ugód, czyli umowy z sąsiednim państwem na mocy których umorzone zostaną jego dług w zamian za obrócenie całego państwa w wasala Kezu. Ugody oraz osobista tragedia Tamasa popycha go do drastycznych działań, czyli obalenia władcy, wymordowania szlachty i całej królewskiej kamaryli. Ostatnie słowa magów sprawiają, że Tamas – zamiast cieszyć się zwycięstwem i próbować opanować pogrążony w chaosie kraj ma jeszcze inne problemy do rozwiązania. 

Jeśli opis Was nie zachęcił, prześledźmy i omówmy najważniejsze składowe książki:
Po pierwsze fabuła – sam pomysł nie jest może jakiś nowatorski. Ot, w co drugiej książce (od mitologii począwszy) mamy królobójców. W tej historii jednak nie walka o tron jest najważniejsza. Z każdą stroną śledzimy poczynania Marszałka, które mają na celu opanowanie i polepszenie złej sytuacji państwa. Tamas musi zmierzyć się z problemem biedy, głodu, bezrobocia i nadchodzącej wojny. Dodajcie do tego mnóstwo intryg i otrzymacie państwo ogarnięte chaosem. To właśnie te wątki są według mnie najbardziej pociągające w całej historii. Ale to nie koniec. Autor bowiem stworzył drugi kluczowy wątek – nazwałabym go religijnym – oraz kilkanaście wątków pobocznych.  Nie jest to jednak historia tak skomplikowana jak Gra o tron. Całość sprawia, że fabuła jest naprawdę wciągająca. 

Od razu zaznaczę – nie jest to książka „babska”. Ale to tylko jej plus. Nie znajdziemy tu wzdychania i rozbudowanych wątków miłosnych bądź (ku mojemu utrapieniu coraz popularniejszych) rozbuchanych wątków erotycznych. Natomiast każdy kto kocha opis Tolkienowskiej bitwy o Helmowy Jar (bądź Helmowy Parów) będzie czuł się usatysfakcjonowany. Opisy działań wojennych i potyczek – sam miód! Aż słychać salwy, przeładowywaną broń i pojedyncze strzały, aż czuć zapach prochu. Naprawdę majstersztyk.

Bohaterowie. To właśnie tu kryje się to, co u McClellan’a spodobało mi się najbardziej. Każda z postaci wykreowanych przez autora jest przemyślana, charakterystyczna i kompletna. Urzekł mnie sposób, w jaki każdy bohater uzyskał prawo do posiadania uczuć i wątpliwości. Każda postać ma rozbudowaną sferę psychiczną, każdej możemy zajrzeć „do środka” i poznać go od tej strony. Dzięki temu bohaterowie stanowią cały wachlarz osobowości, nie są kalkami i nie są dwu wymiarowi. Jednocześnie autor pozostawia czytelnikowi ich ocenę, nie wartościuje ich w nachalny sposób, nie kreuje świata czarno-białego.  I tak można podziwiać odwagę i upór Tamasa, jednocześnie uważając go za zimnego drania (albo myśleć o nim, że to taki lepszy Napoleon), czuć dumę z dokonań Taniela i uważać go za idiotę, polubić Adamata i czuć irytację na myśl o jego działaniach. Dodatkowo, poprzez rozwijające się z każdą stroną intrygi nie możemy być w stu procentach pewni czy bohater, do którego zdążyliśmy się przywiązać nie okaże się zaraz podłym zdrajcą. Tak - kreacja postaci stanowi chyba najmocniejszy punkt tej książki.



Po trzecie świat. Tu się autor rozszalał. Założenia są takie: istnieje dziewięć państw (na jednym kontynencie jak rozumiem, bo inne państwa są za oceanem), założonych przez bogów. Na czele każdego stoi król. Królowi doradza kamaryla złożona są z czarowników (nazywanych Uprzywilejowanymi). Magią posługują się jeszcze prochowi magowie (czyli Naznaczeni), którzy czerpią swoje siły z prochu strzelniczego i którzy przede wszystkim mają moce z prochem związane  oraz Zdolni, czyli osoby posiadające jeden dar rozwinięty słabiej lub mocniej. No i są oczywiście zwykli ludzie.

Autor bardzo fajnie skupił się na opisach stworzonego świata, przybliżając nam jego geografię, demografię oraz kulturę. Mnie do pełni szczęścia zabrakło w książce map (które są w m.in. trailerze), np. takiej która przedstawiałaby granice Dziewięciu. No, ale ja lubię mapy. 



Język jest prosty. Sprzyja to prowadzonej narracji, sprawia że książkę czyta się szybko i z dużą przyjemnością. Jednocześnie zastosowany język podkreśla, że główni bohaterowie to żołnierze. Jeśli szukacie zatem pięknych zdań, wysublimowanej retoryki – szukajcie gdzie indziej. Tu wszystko jest jasne, proste i klarowne, ale jednocześnie kompatybilne z głównymi założeniami.

Co do wydania – okładka jest świetna i nie ma  co się nad nią rozwodzić. Korekcie umknęły ze dwie literówki, ale to drobiazgi. No i brakuje map.

Dla mnie ta książka wchodzi w kanon książek ulubionych. Jest poruszająca i naprawdę wciąga.  I to od pierwszej strony.  Czytanie tej książki to nie dobra zabawa. To niesamowita przygoda.  Po cichu odliczam dni do premiery kolejnego tomu i solennie obiecuję, że przeczytam (i kupię) wszystko co spod ręki McClellana'a wyjdzie a zostanie przetłumaczone na Polski. 

I jeśli jeszcze tego nie wywnioskowaliście – POLECAM SERDECZNIE!

środa, 1 lipca 2015

Bookathon - zakończenie

Z lekkim opóźnieniem, ale jest.

W ramach ostatniego wyzwania (czyli czytamy bestseller) przeczytałam "Zmierzch" S. Meyer. Dużo mnie to kosztowało. Była to moje drugie podejście (pierwsze jeszcze przed ogólnym hejtem) i znów było ciężko.



Literacko przypomina tanie Harlequiny. Bohaterowie są tak denerwujący, że aż nie do wytrzymania. Książką rzucałam (a ja szanuję książki!) kilka razy. Nie mogłam znieść ani głupiutkiej, pozbawionej instynktu samozachowawczego Belli, która przebija większość bohaterek młodzieżówek razem wziętych ani Edwarda - socjopaty. Może sama fabuła nie jest zła, ale sposób narracji i kreacja bohaterów sprawiły, że naprawdę nie mogę napisać o książce dobrych rzeczy. No i to błyszczenie! Wychowywałam się na normalnych wampirach - literackich i filmowych. Wydaje mi się, że gdyby Brat Pitt albo James Masterson (genialny Spike z Buffy) błyszczeli się w słońcu też straciłabym do nich szacunek i nie mogłabym ich brać na poważnie. Zdradźcie mi (bo może ktoś czytał kolejne tomy) - Bella mówi do Edwarda "mój diamenciku" albo "iskierko"?

Genialny James Masterson jako Spike w Buffy - postrach wampirów. Zdjęcie pochodzi ze strony www.reddit.com

O wydaniu nic nie powiem, bo w ramach oszczędności kupiłam wersję pocket (z założenia wydaną najniższym możliwym kosztem). Ale może ktoś wytłumaczy mi motyw z okładki?

Przyjaciółka stwierdziła, że na tę pozycję jestem za stara. Może i racja. Tylko biorąc pod uwagę, że nie dałam rady jej przeczytać już w liceum - to dla kogo ona jest pisana?

Jedyną frajdą jaką dawała mi książka, był reminiscencje z wykładu Anety Jadowskiej (PDF 2014). :)
Książki nikomu nie polecam. Nie czuję się upoważniona, żeby polecać związek ewidentnie patologiczny  a do tego mierny literacko. Po kolejne tomy sięgnę tylko w ramach umartwiania. Albo jak zatęsknię za głupotą ludzką. Ale jak ktoś lubi - bardzo proszę, są gusta i guściki - pozwolę sobie podkreślić kolejny raz, że moja opinia jest czysto subiektywna (i naprawdę nie miała nic wspólnego z powszechnym hejtem) :)

W ramach "samoudręczania" obejrzałam też film. Z odpowiednim nastawieniem i wiadrem popcornu był on nawet całkiem fajny (do moich ulubionych na pewno nie trafi, ale nie był tak okropny jak kiedyś zakładałam). Postaram się też obronić  aktorów - oni grali tak jak opisała to autorka. A że bohaterowie książki są tacy a nie inni... nie wińmy aktorów!

Plakat ze strony www.filmweb.pl


Ale, ale - najważniejsze, że przeczytałam ostatnią książkę w ramach wyzwania i w ten sposób zakończyłam Bookathon. W ciągu tygodnia przeczytałam sześć książek, czyli 2100 stron (miało być 1500 więc - hurra, hurra). Było ciężko :)


Jeśli chodzi o sam Bookathon - super sprawa! Bawiłam się doskonale, ale czuję się też zmęczona jak po prawdziwym maratonie (no dobra, nigdy udziału nie brałam i raczej nie zamierzam, ale wyobrażam sobie, że zmęczenie musi być ogromne). Mam nadzieję, że bookathony na stałe zagoszczą w kalendarzach moli książkowych i będą odbywać się regularnie. Na mój udział zawsze możecie liczyć! Zarwę noce, będę czytała w domu, autobusie, tramwaju, sklepie, pracy i nie ugotuję obiadu (obiadów) ale do bookathonów zawszę stanę. Nie chcę, żeby taka frajda mnie ominęła :)


I jeszcze nam sam koniec (bo każdy zwycięzca może sobie na to pozwolić)  - podziękowania. Jak kogoś to nie interesuje - zapraszam jutro (będzie o świetnej książce, serio).
Tak więc dziękuję pomysłodawcom i organizatorom; cioci ebi za polecenie świetnej książki; wszystkim, którzy wspierali mnie w czytaniu (np. gotując obiady), ale przede wszystkim dziękuję tym, którzy motywowali mnie i dzielili się własnymi przemyśleniami. Wszystkim bookathończykom, którzy dobrze się bawili chciałam też serdecznie pogratulować i życzyć wytrwałości w kolejnym (mam nadzieję) Bookathonie!


piątek, 26 czerwca 2015

Percy Jackson



W ramach kolejnego wyzwania należało sięgnąć po książkę, które została zekranizowana. Moim wyborem stał się „Percy Jackson i bogowie olimpijscy. Złodziej pioruna” autorstwa Ricka Riordana. I najpierw słów kilka o książce (nie będą one ani odkrywcze ani zaskakujące, bo o Percym od 2002 roku napisano już tyle, że głowa mała, ale głupio bym się czuła pomijając tę kwestię).





Percy ma 12 lat i trudne dzieciństwo – dysleksja, ADHD i totalny pech, wszystko to sprawia, że w ciągu sześciu lat został wyrzucony z sześciu szkół. Ojca nigdy nie poznał, ojczyma nienawidzi, mamę kocha ponad wszystko. Ma jednego kumpla i kolejne nudne wakacje przed sobą,  a przynajmniej tak mu się wydawało.  Nagle okazuje się, że bogowie greccy istnieją , a Olimp mieści się w Nowym Jorku. A skoro bogowie istnieją to istnieją i herosi. I niestety potwory, które herosów widzą najchętniej w ramach niedzielnego obiadu. I kiedy potwory zaczynają polować na młodego Jacksona i odnajduje się biologiczny tatuś, który ma właśnie rozpocząć wojnę ze swoim bratem życie Percy’ego nie może być nudne.

Osobiście książkę bardzo, bardzo, bardzo lubię. Ma sympatycznych bohaterów, wartką akcję i świetnie prowadzoną narrację. Nie to jednak stanowi o jej głównej zalecie. Riordan w sposób bardzo ciekawy i prosty przybliża mitologię i historię starożytną (w innych seriach sięga po mitologię rzymską i egipską, a na jesienią czeka nas spotkanie z nową serią, tym razem opartą na mitologii nordyckiej) i za to, jako niedoszła nauczycielka historii jestem mu wdzięczna. Autor trzyma się ściśle wiedzy historycznej, dba o detale i jest bardzo szczegółowy. Sprawienie, że te koszmarne starocie, które nikomu na nic się nie przydają stają się na nowo zjadliwe, a nawet ciekawe jest chyba największym sukcesem tej książki. W ramach ciekawostki warto dodać, że Riordan stworzył i udostępnił też całą serię pomocy naukowych do wykorzystania na lekcjach. 

Bohaterowie serii o Olimpijskich Herosach w wykonaniu Virii. Percy oczywiście na środku :)


Podoba mi się też przesłanie historii Percy’ego – każdą wadę można przekuć na zaletę i chociaż na pierwszy rzut oka wydajesz się „łajzą” możesz być prawdziwym herosem. Dla dzieciaków, których coraz więcej zmaga się z wszelkimi dysfunkcjami  i ADHD (takimi prawdziwymi, a nie wynikającymi z lenistwa czy braku wychowania) ta książka stanowi pewnego rodzaju zapewnienie, że i tak są super. Riordan opowieść stworzył, żeby przekonać o tym swojego syna, teraz przekonuje tysiące dzieciaków na całym świecie. I dobrze.

Genialna BLOND Annabeth autorstwa niezrównanej Virii.


A teraz dwa słowa o ekranizacji. Podjął się jej Chris Columbus (ten od pierwszych trzech części Pottera), obsada była iście gwiazdorska (chociaż głównych bohaterów, no oprócz Grovera, bo Brandon T. Jackson jest obłędny, wolę z rysunków Virii) i smuci tylko to, że bardzo mocno odeszli od oryginału. A szkoda.  Wprowadzone zmiany (m.in. pominięcie kluczowego wątku z Kronosem) sprawiło, że ekranizacja kolejnych części straciła sens. I chociaż efekty są super i film ogląda się przyjemnie to książka wydaje się tysiąc razy lepsza.


 Jeśli ktoś nie czytał książki ani nie oglądał filmu polecam najpierw obejrzeć a potem przeczytać. W ten sposób zyskacie więcej frajdy – przynajmniej ja tak miałam. Jedynym minusem może być fakt, że niektóre postaci przybiorą twarze znanych aktorów – dla mniej Chejron już zawsze będzie wyglądał jak Pierce Brosnan, a Meduza jak Uma Thurman. 

Jeszcze raz - Uma Thurman jako Meduza i Pierce Brosnan jako Chejron,

Kolejne wyzwanie zaliczone, a teraz wracam do dzisiejszej lektury, czyli nie przeczytanego bestselleru. U mnie wyzwanie można połączyć z wyzwaniem pierwszym (o dokończeniu książki porzuconej). Czytam bowiem książkę której już w liceum będąc nie strawiłam z powodu jej głupoty i okropnej narracji (i to zanim hejt na tę książkę był modny). Jak na razie opinii nie zmieniłam, ale kto wie co będzie po ostatniej kropce.  Jako że książka ta znajduje się na liście pozycji najczęściej czytanych na świecie to uznałam, że dam jej drugą szansę. Jak się chyba już domyślacie, czytam „Zmierzch” S. Meyers.

I jako że muszę pilnie wyjechać nie wiem czy uda mi się jutro opublikować notatkę o Zmierzchu i podsumowania Bookathonu. Jeśli nie – spodziewajcie się notatki w poniedziałek. 

czwartek, 25 czerwca 2015

Polecane, czyli Wicked, G. Maguire

Każdy zna "Czarnoksiężnika z Oz". I Dorotkę. I Toto. I Lwa, Stracha i Blaszanego Drwala. Ciocia ebi poleciła mi książkę, która przykuła moją uwagę dawno temu, a która nawiązuje do popularnej historii. "Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu" G. Maguire to książka bardzo ciekawa. Jej koncepcja opiera się na przedstawieniu (jak zresztą mówi podtytuł) życia czarnego bohatera - od urodzenia do śmierci (Maleficent nie była ani pierwsza ani też najlepsza). A należy przyznać, że jej życie nie było łatwe. Elfaba (bo takie imię nadano Złej Czarownicy z Zachodu) od początku miała pod górkę - urodziła się zielona i z dziwnymi zębami, rodzice ... no cóż, nie byli najlepsi. Z czasem było tylko ciężej - zmuszona do podjęci opieki nad niepełnosprawną siostrą, będąca "narzędziem" w pracy ojca, wyalienowana. Dopiero studia przyniosły jej niejaką ulgę. Ale też nie na długo.



Autor, opierając się na powszechnie znanej historii zbudował opowieść zupełnie nową. Umieścił ją w znanym świecie, ale jednocześnie świat stworzył od początku - pozostawiając nazwy i kontury nadał im nowe znaczenie. Wykreował też (co moim zdaniem jest ogromną zaletą książki) genialne postaci - mocno zarysowane, z doskonale rozbudowaną sferą psychiczną, wyraziste i (choć zawsze to brzmi głupio) pełnokrwiste. Inna optyka, którą przyjmujemy od początku sprawia, że podważamy przyjęte za pewne podziały na dobrych i złych i odkrywamy mnóstwo "odcieni szarości". I nie wiem tak naprawdę kto zafascynował mnie najbardziej - Elfabę poznajemy najlepiej, ale inni bohaterowie są równie ciekawi. No i mistrzowskie przedstawienie Toto... :) Od razu jednak należy podkreślić, że nie jest to książka dla dzieci.

Akcja toczy się wartko, w oczekiwaniu na moment zwrotni w życiu Elfaby napięcie wzrasta, narracja jest płynna a do zastosowanego języka nie można się przyczepić. Nawet opisy stosunków seksualnych są opisane (choć może głupio to brzmi) z wyczuciem i dobrym smakiem. Jedyne co może zniechęcać przeciętnego czytelnika (chociaż w moim odczuciu stanowi to niejako kwintesencję książki) to filozoficzne rozważania o pochodzeniu zła (nie tylko w kontekście religijnym).

Należy też pochwalić wydawnictwo Initium za  dobre wydanie książki - okładka przyciąga wzrok i nie dopatrzyłam się błędów w samym tekście (brawo dla korekty!). Denerwowały mnie jedynie małe, czarne czarownice w rogu każdej strony (miałam wrażenie, że jakieś paprochy mi książkę pobrudziły) i małe literki.

Książka jest, przynajmniej według mnie, naprawdę świetna. Wciąga. Porusza. Zostawia z uczuciem kaca. Mam jednak świadomość, że nie jest to książka dla wszystkich. Nie spodoba się na pewno osobom, które szukają lekkiej lektury na wakacje. Mimo wszystko podpisuję się pod poleceniem cioci ebi.

Książką jestem zauroczona i znów pozostałam z głową pełną rozważań. Dlatego w ramach kolejnego dnia Bookathonu (przeczytaj książkę i obejrzyj ekranizację) wróciłam do bezpiecznego i znanego Percy'ego (od dawna miałam zresztą ochotę na odkurzenie akurat tej serii i teraz mam wymówkę). A na razie wpisuję na swoją listę 463 strony "Wicked".

środa, 24 czerwca 2015

BookAThon (mój) dzień 2 :)

Jak już zapowiadałam przeczytałam książkę "Pan Ibrahim i kwiaty Koranu" E.E. Schmitt'a. Nie chcę jednak pisać recenzji, ani wyrażać opinii. Tego typu opowieści mają to do siebie, że każdy znajduje w nich coś innego, każdego urzeka inne zdanie, inny detal, każdy może interpretować je inaczej. Nie chcę tu urządzać masakry w stylu omawiania "Małego Księcia" na lekcjach języka polskiego. Te 63 strony zostawiły mnie z większą ilością przemyśleń niż niejedna 400 stronicowa opowieść. Zamiast podsumowania pozwolę sobie wstawić tu cytat: "Żyć powoli, na tym polega tajemnica szczęścia". (E.E. Schmitt, Pan Ibrahim i kwiaty Koranu, Kraków 2006, s. 52).


Za wyzwanie dziękuje - pewnie z własnej woli nie sięgnęłabym po tę książkę (choćby dlatego, że uwielbia ją moja siostra, a lubię się z nią nie zgadzać). Mam nadzieję, że inni uczestnicy Bookathonu również  skorzystali na tym właśnie wyzwaniu. :)


W ramach kolejnego wyzwania należy przeczytać książkę, którą KTOŚ polecił. Poprosiłam o polecenie ciocię ebi (znacie? jak nie to poznajcie, bo warto - dobry gust, fajne podejście do świata i ogólnie same pozytywne odczucia) i tak zaczytuję się w "Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu", G.Maguire. Mam nadzieję, że uda mi się skończyć do jutra (bo nie jest książka na jeden dzień) i napiszę o niej więcej. Na razie zdradzę, że jestem zauroczona. :)

Chciałam się jeszcze pochwalić niespodzianką. Wydawnictwo Czarne przesłało mi zestaw gadżetów, który widzicie poniżej. Tylko dlatego, że wzięłam udział w ankiecie przez nich organizowanej. Obiecali i (choć na to nie liczyłam) słowa dotrzymali. Wydawnictwu BARDZO DZIĘKUJĘ :)



wtorek, 23 czerwca 2015

Mechaniczny Anioł, C. Clare



Jak już mogliście zauważyć jestem kobietą lękliwą. Przerażają mnie m.in. prequele i sequele. Sięgając po taką książkę nie mogę pozbyć się wrażenia, że to nie będzie nic nowego. I że chociaż historia jest (często w detalach) inna, a bohaterowie noszą inne imiona jest to tylko kalka historii oryginalnej. Z tym odczuciem „Mechanicznego Anioła” C. Clare zakupiłam już dawno, ale po niego nie sięgnęłam. Stał sobie na półce, ładnie uzupełniał kolekcję, ale zawsze znalazły się książki, które wydawały się ciekawsze, bardziej oryginalne, bardziej fascynujące, czasem po prostu lepsze. 

I choć piszę to z ciężkim sercem – moje przeczucia się sprawdziły. 



Nie chcę być źle zrozumiana. To nie jest ZŁA książka. Ona jest nawet bardzo dobra. Świetnie się ją czyta – akcja jest płynna, język prosty i pasujący do historii, sama opowieść wciąga i trzyma w napięciu. Ponad 400 stron przeczytałam bez większego problemu, angażując się w lekturę i historię Tess i reszty. Tylko, że dla mnie to było znowu to samo.  (SPOILER ALERT!) Tess będąca kalką Clary, czyli dziewczyna, która odkrywa prawdę o sobie i swojej rodzinie, a na dodatek staje w obliczu nowego świata, z którym musi się pogodzić i w którym musi się odnaleźć  (ba, każda z nich ma nawet swoją pasję, której poświęca dużo czasu i do której odwołuje się na każdym kroku) i Will będący (marną) kopią Jace’a, czyli chłopak z problemami, tajemnicami, niby taki kpiący i ironiczny bad boy, ale zakochuje się prawie od pierwszego wejrzenia.  Do tego specyficzny parabatai, który głównego bohatera zawsze rozumie i wszystko mu wybacza,  mało sympatyczna na pierwszy rzut oka młoda Nocna Łowczyni, zły brat i dosyć przewidywalna intryga.  Ja naprawdę rozumiem, że to są przodkowie bohaterów z Darów Anioła i pewne cechy muszą zostać zachowane i podkreślone, ale bez przesady. 

Jedyny powiew świeżości i to całkiem udany stanowią dla mnie automatony. Zapachniało mi tu całkiem nieźle steam punkiem. I to w lepszym wydaniu niż np. w Mechanicznych Pająkach C. Bomann. Za sam pomysł C. Clare należą się wyrazy uznania.  Książkę doskonale uzupełniają też odpowiednio dobrane cytaty z literatury. Autorce trzeba przyznać, że reasearch zrobiła całkiem niezły.  Jako historyczka doceniam też wysiłek włożony w oddanie realiów epoki. I chociaż epoka wiktoriańska uważana jest za złoty okres w historii Anglii należy pamiętać, że to też okres wielkich zmian gospodarczych przy ściśle obowiązujących konwenansach społecznych. Dzięki zagubieniu Tess i podejściu Jessamine wydaje się to nieźle oddane. (wszelkie odstępstwa do realiów wytłumaczone są w posłowiu).

Fajnie wiedzieć też skąd wziął się Church i że Magnus zawsze był odjazdowy (na innych blogach podczytałam, że Kroniki Bane'a też są niezłą lekturą, może się przekonam?). 

Krótko podsumowując: książka jest naprawdę fajna i sięgnę po kolejne części (pewnie zaraz po Bookathonie), ale bez nastawiania się na coś „nowego”. I może Clare uda się mnie zaskoczyć.





To moja pierwsza Bookathonowa książka z wyzwania. 467 stron. Całkiem nieźle. Dzisiejsze wyzwanie stanowiło dla mnie nie lada problem – książka, z gatunku, po który najrzadziej sięgam. Moją pierwszą myślą były podręczniki do matematyki/fizyki mojego męża, ale im dałam spokój - w końcu z wyzwania też powinnam czerpać jakąś przyjemność. Padło na powiastki filozoficzne i tak zapoznałam się dzisiaj z książką „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu”. I jak zwykle po takiej lekturze nie wiem co napisać. Może do jutra coś wymyślę.


Wracam do Boookathonu i jego wyzwań. Za wszystkich czytających (w Bookathonie i nie tylko) trzymam kciuki, za nieczytających zresztą też (może zaczną czytać).

poniedziałek, 22 czerwca 2015

jak wracać

Jak wracać to w wielkiej akcji!
Po długiej przerwie spowodowanej zawirowaniami w życiu osobistym wracam do pisania bloga. Nazbierałam mnóstwo materiałów, przeczytałam bardzo dużo książek, ale zaczynam od czegoś innego. Od razu bowiem włączam się do super fajnej akcji organizowanej przez trzy  blogerki: Olgę z Wielkiego Buka, Anitę z Book reviewes i Ewelinę. Oczywiście chodzi o BookAThon! Siedem dni, sześć wyzwań, przynajmniej 1500 stron i duużo radości. 


Co prawda na pierwszy dzień się spóźniłam, ale dzisiaj nadrabiam! Właśnie czytam "Mechaniczego anioła", C. Clare, który stał na mojej półce już dobre dwa lata.
Jutro kilka słów o książce i zapowiedź kolejnej. 
 
Wszystkich zachęcam do udziału w BookAThonie. Nie dla wyzwań, ale dla frajdy czytania i dzielenia się tym z innymi. Zachęcam też do wzięcia udziału w konkursach. I trzymam kciuki za wszystkich czytających!

Wracam do czytania, bo czas leci :)